No i jak mam sie na blogu produkowac kiedy dorwalam ogromna kolekcje klasyki kina ktorej jestem goraca wielbicielka. Niektore z tych filmow ogladalam calkiem niedawno ale lwia czesc pamietam z wczesnej mlodosci a nawet z dziecinstwa, wiem jakie wtedy na mnie wywarly wrazenie i odbieram je teraz na nowo, jako dojrzala osoba. Zreszta czasem zupelnie inaczej. A co mam: miedzy innymi slynniejsze “Hitchcocki” czyli Rebecce, Ptaki, Vertigo, Psychoze i Cien Watpliwosci plus pare innych tytulow, moj ukochany klasyk All about Eve, Bulwar Zachodzacego Slonca, Casablance, Podwojna Tozsamosc, Zadlo i cale mase innych lacznie z Obywatelem Kane’em ktory mi sie nigdy nie podobal ale zaryzykuje raz jeszcze. Wszystkie w wersji angielskiej oprocz, niestety, Zadla. Ale filmy sie kiedys krecilo! Bez zadnych specjalnych efektow - ba! W Rebece np para bohaterow jedzie sobie samochodem ktory, jak wyraznie widac, stoi w studio, a jako tlo podlozona jest uciekajaca droga. No i czy to cos przeszkadza? A skad. Zreszta o Hitchcocku moglabym pare postow napisac, to byl dopiero geniusz. Psychozy sie boje strasznie i pewnie sie dlugo nie odwaze ogladnac powtornie ;) zaczelam wiec od Rebecki na podstawie powiesci Daphne du Maurier.
Delektuje sie tymi majstersztykami starego kina ale tez z obowiazku ze tak powiem - patriotycznego - nie moglam nie zobaczyc Oswiadczyn po Irlandzku. Wiem ze okrucienstwem jest ten filmik postawic kolo takich arcydziel jak wyzej wspomniane, to jakby miedzy jaja Faberge wcisnac wydmuszke. Ale obowiazek obowiazkiem… Zaczne od tego co mi sie podobalo bo niewiele tego jest: a mianowicie pan-glowna rola meska- mi sie podobal. Co zarost moze zrobic z facetem: albo zamienic go w ludzka koze jak sie to stalo z Bradem Pittem albo zrobic z niego ciacho jak w przypadku Mathew Goode. Ow pan wygladal dosc wymoczkowato w Powrocie do Brideshead za to w tym filmie jest bardzo do schrupania.
Tresc: pewna panna o imieniu Anna grana przez Amy Adams (czy ona sie tylko mnie myli z Isla Fisher???) zwiazana jest ze szczurkowatym brunetem Jeremym juz od lat czterech, a ten sie wciaz nie oswiadczyl! Kiedy jednak Jeremy jedzie w interesach do Dublina Anna przypadkiem dowiaduje sie ze irlandzka tradycja pozwala kobietom na poproszenie o reke faceta w dzien 29 lutego , postanawia wiec puscic sie w slad za wybrankiem i osaczyc go gdzies, powiedzmy, przy Szpili. Czyli przyszpilic ;)
Rzecz jasna na panne Anne bedzie czekac cala masa komplikacji przez co dziewcze wyladuje gdzies w Dingle, a potem podazy przez cala Irlandie w towarzystwie seksownego Declana by dorwac ukochanego. Seksowny Declan mial byc kierowca i przewodnikiem a wiadomo jak cala sprawa sie zakonczyla.
Zjade ten film strasznie bo : Pasjami nie lubie kobiet co to o niczym innym nie marza tylko o pierscionku zareczynowym i nalozeniu na siebie bialej bezy, i byciu nazwana pania Jeremowa albo Declanowa jakastam. Pasjami nie lubie kobiet co po wyslanymi owczymi bobkami lakach beda paradowac w szpilkach i waskiej materialowej spodnicy (na ugietych kolankach). Dlatego film ktorego bohaterka jest taka kobieta raczej do gustu mi nie przypadnie. Raczej, chyba ze ratuje go dobry scenariusz jak bylo np z Bridget Jones. Nie lubie tez filmow w ktorych pan A jest szczurkowatym brunecikiem a pan B atrakcyjnoscia przewyzsza go o lata swietlne, dlatego scenarzysta sie nawet nie musi trudzic by wymyslac jakies skomplikowane wyjasnienia tego fenomenu jak nagle taka panna Anna rzuca wszystko by gdzies w irlandzkiiej dziurze sobie z przystojniakiem zyc. Miedzy para glownych bohaterow nie ma zadnej “fizyki” jak by rzekla Violka z Brzyduli. Zreszta postac Anny jest mdla jak kaszka manna i trudno zrozumiec co sobie Declan w niej upodobal, skoro mogl isc do pierwszego lepszego polskiego sklepu i wyrwac pracujaca tam Polke. Bo to ze Anna wolala seksownego Irlandczyka od Szczurka tlumaczy przynajmniej jego uroda. Nie lubie tez jak Irlandia jest pokazywana jako WIOCHA a jej mieszkancy jak zapoznione ochlaptusy, bo Irlandia jest WIOSKA nie wiocha a ludzie sa jowialni, goscinni i z jajem ze sie wyraze.
Cynicznie powiem ze z checia nakrecilabym Oswiadczyny po Irlandzku 10 lat pozniej. Anna z powodu ciezkiej pracy w podupadajacym pubie stracila swa dziewczeca delikatnosc a lata spozywania fish&chips oraz czworka dzieci nadwyrezyly jej figure. Declana uroda dawno juz wywietrzala. Anna dzien w dzien wypomina mezowi jak to mogla byc wielka pania w Bostonie, wydawac przyjecia, spelniac sie zawodowo, brylowac w towarzystwie a zamiast tego podaje Guinessa i zmywa stoly. Declan i tak ma to w nosie bo wiecej wspolnego ma z kumplami niz z amerykanska zona od kiedy skonczyl sie namietny seks czyli dawno temu. Na domiar zlego Szczurek odwiedza Dingle ze swa piekna zona-modelka i rozsiewa wokol aure bywalca, bogacza i czlowieka sukcesu. No i nie wyglada nawet jak Szcurek tylko znacznie lepiej, jak, powiedzmy - lasica! To by byl film ku przestrodze wszystkim Annom tego swiata ;) Nie warto czasem pchac sie sila za chlopem… oj nie warto ;)
Goraco przestrzegam przed ogladaniem gniota "Milosc na wybiegu".
Porownywanie go w mediach do "Diabel ubiera sie u Prady" uwazam za wysoce niestosowne i bardzo krzywdzace dla tego ostatniego, bo jeszcze ktos by sie mogl do niego zrazic po zobaczeniu polskiego "odpowiednika".
Fabula prosta jak budowa cepa i schematyczna az do bolu - ladna laska ma do wyboru: albo zostanie w rodzinnym domu na Wybrzezu i zaharuje sie jak matka przy smazeniu ryb albo sprobuje szczescia w stolycy, no bo przeciez opcji C nie ma. Tylko w stolycy sa piekni mezczyzni, drogie samochody, ekskluzywne knajpy no i ogolnie wielki swiat.
Pieknym mezczyzna ma tu byc sztandarowe polskie ciacho czyli Dorocinski, grajacy tak samo jak w wielu innych podobnych produkcjach czyli ze znudzeniem i sennym spojrzeniem. Wredna suka jest Marlena grana przez piekna Urszule Grabowska a niewinne dziewcze z prowincji to jakas nieznana nikomu dziewczyna. Przewija sie jeszcze Kuna tylko po to by rzucac tekstami w typie Lejdis i Karolak jako oblesny typek.
Wieeeeelkie uczucie ktore sie rodzi podejrzanie szybko i bez powodu na ekranie, paskudne knowania bab przewidywalne oczywiscie, on z mina spaniela godzi sie na slub z Suka a dziewcze robi kariere w swiecie mody. Oczywiscie polacza sie podczas przedziwnego, groteskowego finalu ktory w zamierzeniu nie mial byc groteskowy ale wyszedl jak tania parodia komedii romantycznych.
No a co na koncu, no co??? No oczywiscie caluja sie w blyskach fleszy a widownia podczas pokazu bije brawo, i platki jakies sie walaja wkolo i tak slodko jest ze do wyrzygania.
Wysuwam kandydature do Zlotej Maliny za scenariusz, rezyserie i glowna role meska.
Z wielkim trudem ogladalam "Rzym" i z rownie wielkim trudem ogladam "Dynastie Tudorow". Absolutnie nie dlatego ze seriale kiepskie - wrecz przeciwnie, jedne z lepszych na jakie w zyciu trafilam.
Po prostu tyle seksu przetacza sie przez ekran ze czlowiek sie robi napalony...
Tak.... Rzym to wiadomo - rozwiazlosc, orgie, kazirodztwo itd, normalne. Ale zeby na dworze u krola damy dworu sie puszczaly na prawo i lewo ;))))
Oba seriale nie stronia rowniez od krwawych scen walk, zwlaszcza Rzym (juz dawno nie ogladalam tak realistycznie pokazanych pojedynkow z rewelacyjnie dobranymi odglosami lamanych kosci, kiedy bohater wbija miecz w przeciwnika to az sie czuje jak on przekluwa na wskros).
I w jednym i w drugim pelno historycznych niescislosci ale pomaga to zdecydowanie fabule. Wszystko jest wspaniale dopracowane - kostiumy, dekoracje, plenery, muzyka, nawet czolowka. Aktorstwo na najwyzszym poziomie - ze wspomne chociaz Atie grana przez Poly Walker w Rzymie czy Jonathana Rhys-Meyersa w roli krola Henryka. W Tudorach mozna podziwiac tez rzadko goszczaca na ekranie Marie Doyle Kennedy ktora kocham za Commitments.
W obu serialach gosci wyrafinowany humor - w Rzymie za sprawa postaci Tytusa Pullo i jego przedziwnego mieszania sie w wydarzenia historyczne (bo tak naprawde to on przelecial Kleopatre przed Cezarem i zrobil jej dziecko, jakby ktos myslal ze bylo inaczej ;) a takze jego rozmow z przyjacielem (dowiedzialam sie np ze juz STAROZYTNI RZYMIANIE znali punkt G). W Tudorach humoru mniej i glownie dzieki Francuzom ktorym sie dostaje prawie w kazdym odcinku (A co bedzie jak Francuzi sie nie pojawia? Pojawia sie , beda tylko "fashionable late"). Podobala mi sie tez madrosc Wosleya wyrazana w maksymach:
-Panie, bede pilnowal twoich spraw jak orzel- mowi zaufany sluga.
-A tam, orzel... badz jak golab, one sraja na wszystko...
Mam mieszane uczucia co do zobaczonego wlasnie filmu “Julie&Julia”. Gdyby ktos nie byl obeznany z trescia: oto niespelniona pisarka ktora uwielbia gotowac a jej wzorem jest osobowosc telewizyjna lat 60-tych Julia Child, autorka ksiazek kucharskich i gospodyni programow kulinarnych. Mloda kobieta o imieniu dosc podobnym do swej idolki - Julie - zaczyna pisac bloga ktorego tematem bedzie jej roczne zmaganie sie z przygotowaniem wszystkich potraw z najslynniejszego dziela Julii “Mastering the Art of French Cooking” A jest ich “tylko” 524 : )
Tak bylo naprawde - Julie Powell istotnie pisala swego bloga ktory stal sie na tyle popularny ze zaproponowano jej wydanie go w formie ksiazkowej,a potem powstal film. Jakie to krzepiace dla nas - blogerow ;)
Co do filmu: sa to dwie odrebne historie przeplatajace sie na ekranie. Akcja pierwszej toczy sie w latach wczesnomalzenkich Julii Child, kiedy to ze swym malzonkiem przybyla do Francji i zaczela odkrywac w sobie zamilowanie do gotowania. Wielka i nieatrakcyjna kobitka o irytujacym glosie zdolala skonczyc prestizowa szkole kucharska Le Cordon Bleu, rozpoczela kariere pisarska a przede wszystkim zawojowala Amerykanki swym programem telewizyjnym i naturalnym, jowaialnym podejsciem do gotowania (cos spadlo, nie wyszlo, spalilo sie - trudno ;)
Druga opowiesc skupia sie na zyciu trzydziestoletniej Julie, rozczarowanej praca i przeprowadzka, przybitej tym ze jej kolezanki robia kariere a ona stoi w miejscu. Dla Julie gotowanie jest swoista terapia - to cos co jej sie prawie zawsze udaje, co powoduje ze po ciezkim dniu moze sie zrelaksowac mieszajac skladniki i patrzec jak przeistaczaja sie one w doskonala potrawe. Julie zaczyna wiec pisac o tym bloga ktory stanie sie jednym z najpopularniejszych a jednak nigdy nie zyska sympatii samej Julii Child.
Nie wiem czemu ale jakos te dwie historie zamiast sie przenikac stawaly sie coraz bardziej odrebne. Tak jakby ktos dwa rozne filmy poszatkowal i zmiksowal w jeden. Bardziej wciagnal mnie swiat Julii Child i chetnie obejrzalabym film tylko o niej, a zycie miala ciekawe , oj ciekawe, wystarczy sobie wyguglowac nazwisko. Zdecydowanie i opowiesc o Julii i grajaca ja Meryl Streep spychaja na dalszy plan dosc nudnawa Julie, jej problemy i Amy Adams.
Co do prawdziwej Julii - oczywiscie ogladnelam na You Tube jeden z jej show. Jak juz kiedys pisalam gotowac nie cierpie ale uwielbiam programy o kucharzeniu, choc tylko kiedy sa prowadzone w interesujacy sposob wybiegajacy poza : “a teraz wszystko mieszamy i dodajemy 2 szklanki maki”. No i gospodarzem musi byc ktos nieprzecietny z charyzma. Julia Child to nie jest moj typ, glownie z powodu nieciekawej aparycji i okropnego glosu. Wiem ze w swoich czasach zdecydowanie sie wybijala z tla i wpasowala sie w oczekiwania odbiorcow, ale ja jednak zdecydowanie wole Ramsaya czy Olivera, o Nigelli nawet nie wspominajac bo to bogini i mozna ja sama lyzkami jesc. Moze dlatego ze sama nie wykorzystuje przepisow pokazywanych w programach a tylko skupiam sie na samej radosci z ogladania zabawnego , przystojnego mezczyzny czy pieknej kobiety.
A swoja droga czy tylko ja tak mam czy widok gotujacego faceta dziala na kazda podniecajaco ;))))) ??? Moglabym godzinami patrzec na Iksa jak obiera, sieka, naciera przyprawami, miesza, odcedza…. Mmmmmmmmm … zglodnialam ;)
Angielski tytul mial jak przypuszczam przewrotnie zabrzmiec jako "Moje zycie wsrod ruin" ale i "Moje strzaskane (czy zniszczone, zrujnowane) zycie. Polacy poszli na latwizne i wykombinowali tak zeby sie widzom skojarzylo z rewelacyjnym "Moim wielkim greckim weselem"
Niestety te dwie komedie laczy jedynie Nia Vardalos (jak ona wyladniala i wyzgrabniala! ) i to ze bohaterka przez nia grana jest Greczynka.
Filmik jest przyjemny i latwy w odbiorze. Jednak w porownaniu do wspomnianego Wesela wypada bardzo blado. Niemozliwie przewidywalny (no przeciez takie Ciacho jak kierowca Poupi sie nie ukryje nawet pod dwukrotnie gestsza szopa wlosow i broda) niespecjalnie smieszny (jedna niezla scena kiedy to Poupi pyta jak sie po angielsku mowi na mezczyzne co stoi i wymachuje swoja palka, na co Nia odpowiada - my go nazywamy wujkiem. Chodzilo jednak o dyrygenta). Tworcy probowali przemycic jakies glebsze prawdy glownie wykorzystujac postac turysty granego przez Richarda Dreyffusa. Spodziewalam sie czegos wiecej po filmie bo jaki to ciekawy temat na obyczajowo-romantyczna opowiastke : spieta i nie lubiaca swej pracy przewodniczka oprowadzajaca niezbyt zadowolonych turystow po pieknej Grecji w towarzystwie zarosnietego i burkliwego kierowcy co to z czasem ukazuje swoje prawdziwe oblicze... Ja bym troszke bardziej popracowala wlasnie nad postaciami wycieczkowiczow i zatrudnila bardziej znanych aktorow by mogli zagrac epizody-perelki.
A wniosek po seansie nasuwa sie taki - kobieta potrzebuje chlopa, a wlasciwie to seksu. Wtedy sie relaksuje, otwiera na zycie i nagle wie czego chce (tego chlopa i seksu oczywiscie).
No jesli ten chlop wyglada tak jak Alexis Georgulis wychodzacy z wody, kiedy woda delikatnie splywa po jego umiesnionym ciele i poldlugich wlosach..........mrauuuuuuuuuuuuu ; )
Oto humor angielski w najlepszym wydaniu. Tym razem smiejemy sie z perypetii arystokratycznej rodzinki oraz jej sluzby zamieszkujacej Londyn pod koniec szalonych lat dwudziestych.
Epoka krotkich sukienek z obnizona talia, wlosow na chlopczyce, charlestona, a na jej tle domostwo Lorda Meldruma, wlasciciela fabryki gumy ktorej produktem ubocznym choc wstydliwym sa dobrze sprzedajace sie prezerwatywy.
Lord ma goracy romans z Lady Agata, zona jego przyjaciela. Brat lorda, Teddy, to niepracujacy ekscentryk lubujacy sie w zaciazaniu pokojowek o ktorego wzgledy zabiega bogata ale nudna Marge. Lord ma dwie corki, sympatyzujaca z partia pracy Cissi , lesbijke ubierajaca sie jak mezczyzna i Poppy, niepoprawna flirciare uwodzaca lokajow. W pokoju na gorze rezyduje Lady Lavender , tesciowa Meldruma, zabawiajaca sie rzucaniem sniadania w pokojowki.
Lojalna i wierna sluzba to majordomus Stokes, oszust i spryciarz ktory dostal prace dzieki rzekomemu uratowaniu Teddy'ego podczas wojny. Stokes drze koty z przystojnym ale szalenie wynioslym i sztywnym jakby kij polknal lokajem Jamesem. James rowniez poznal Stokesa w czasie wojny i jako nieslychanie uczciwy sluzacy nie znosi cwaniactwa i drobnych przekretow majordomusa.
W kuchni rzadzi pani Lipton, znana z dobrej herbatki i ciasta wisniowego do ktorej Stokes smoli cholewki, mimo ze sam jest zonaty a jego corka Ivy incognito pracuje w tym samym miejscu jako pokojowka.
W ciagu czterech sezonow majacych srednio po 6,7 odcinkow sledzimy Meldruma wymyslajacego coraz to nowe sposoby na spotykanie sie z Agata, oczarowanie Jamesa zabawiajaca sie jego uczuciami Poppy, kombinacje Stokesa jak tu sie dorwac do pieniedzy pani Lipton i wiele innych zabawnych epizodow.
Niektorym przeszkadza smiech w tle ale ja to akurat lubie.
Ogladalam ten serial dawno temu po raz pierwszy ale dopiero teraz zwrocilam uwage na to ze istnieje wielka przepasc miedzy panstwem a sluzba ale posrod samej sluzby panuje rowniez swoista hierarchia.
Ta wyzsza pozycja traktuje gorszych z lekcewazeniem i wyzszoscia, a juz zupelnie pogardzana osoba jest pomywaczka Mabel. No i wlasciwie jedyna naprawde sympatyczna postacia jest panienka Cissy, inteligentna, odwazna i sprawiedliwa oraz brzydula Ivy nieszczesliwie zakochana w Jamesie.
I jak za pierwszym razem Stokes wydal mi sie odpychajacym kretaczem tak teraz dostrzeglam w tej postaci drugie dno. Bo Alfie owszem, oszukuje i wykorzystuje ale nie tych biedniejszych od siebie, bywa zaskakujaco lojalny i pomocny dla swego pana, a juz ujelo mnie to ze jako jedyny traktowal po ludzku biedna Mabel i nie raz zachowal sie wspaniale wzgledem niej.
Nie wiem skad takie tlumaczenie tytulu ktore sugeruje jakas pokrecona komedie pomylek robiac jednoczesnie krzywde filmowi. Bo moze siegnac po niego ktos komu sie tytul skojarzy z np "Kochaj i rob co chcesz" i nie przebrnie przez pierwsze 15 min.
In Bruges to nie jest komedia choc niewatpliwie obfituje w momenty kiedy widz sie smieje, zwlaszcza z powodu niektorych dialogow. Film jest czyms pomiedzy dramatem, kryminalem a groteska, bardzo w klimacie Tarantino, zdecydowanie dla specyficznego odbiorcy.
A rzecz jest o tym ze dwaj kryminalisci po spieprzonej robocie w ktorej przypadkowo zginelo niewinne dziecko zostaja przez swego szurnietego szefa zeslani do Brugi gdzie maja na cos czekac... na co nie wiadomo na poczatku.
Starszy z nich, Ken (Brendan Gleeson) jest zachwycony miastem i zaczyna go zwiedzac, mlodszy Ray (Colin Farrell) ma wszystko w nosie i chce sie tylko stamtad wyrwac, a w miedzyczasie wszczyna awantury, romansuje ale tez boryka sie wewnetrznie z wyrzutami sumienia z powodu owej smierci dziecka. Colin w tej roli jest swietny i niesamowicie ukazal wszelkie emocje targajace jego bohaterem. Ken jest dla niego bardzo ojcowski i opiekunczy. Obaj panowie nie wzbudzaja niecheci mimo swego fachu, zwlaszcza Ken, sympatyczny i spokojny.
Pojawienie sie w filmie dziwnych postaci takich jak szef (Ralph Finnes) a takze podejrzanej dziewczyny i jej kumpla ktorzy okradaja turystow oraz rasistowskiego karla wzmaga atmosfere sennej makabreski.
Film jest bardzo wciagajacy i przypuszczam ze jednych zachwyci a innym sie absolutnie nie spodoba. Choc nie sa to moje klimaty ogladnelam z zainteresowaniem doceniajac glownie gre aktorska, sprawne polaczenie przeroznych gatunkow filmowych i przepiekna, naprawde przepiekna muzyke i dostojna, zabytkowa, przyproszona sniegiem Brugie.
Nie wiem czemu tak mam ze nie moge normalnie jak kobieta SE siasc, ogladnac komedie romantyczna przymykajac oko na wszelkie bzdury wynikajace z konwecji i po prostu sie cieszyc ze ladna pani i ladny pan po wielu perypetiach sie polacza ;)
Przyjaciel ktory mi film pozyczyl (w oryginale z napisami angielskimi) chcial mi go strescic i zaczal:
-Facet kolo 40 zakochuje sie w dziewczynie majacej 17 lat... i nie dane mu bylo skonczyc bo zaraz wtracilam:
-Taka roznica wieku? To przeciez jak tatus dla niej.
-No czekaj, facet wyglada super, mlodo...
-Acha, tylko ze jak on bedzie mial 60 lat to bedzie dziadyga a ona bedzie ryczaca czterdziestka.
-A nie mozesz sie zamknac na chwile i mi dac dokonczyc???
No to po krotkim wstepie o filmie bedzie.
Alex ma 37 lat i wyglada bosssssko bo gra go Raoul Bova, ten sam co jako Marcello uwiodl Frances w "Pod sloncem Toskanii". Jest dyrektorem kreatywnym w agencji reklamowej i wlasnie zaczal sie dla niego ciezki okres bo nie dosc ze partnerka go zostawila to jeszcze szef wymyslil konkurs na nowa kampanie miedzy Alexem a jego kolega i kto przegra zostanie zeslany do filii w Lugano. Najwidoczniej do d.upy jest Lugano bo panowie sie tego bardzo boja.
Niki to atrakcyjna siedemnastka, bezczelna, wygadana, roztrzepana, pewna siebie. Mnie taki typ wkurza ale w koncu nie jestem 37-letnim facetem co to mysli inna glowka tylko 37-letnia kobieta co za bardzo serio bierze filmy romantyczne ;)
Oboje wpadaja na siebie a raczej dochodzi do stluczki miedzy jej skuterem a jego wypasiona terenowka no i .... panienka wchodzi Alexowi na glowe by go w koncu zaciagnac do lozka a nawet pokochac. Trudno sie jej dziwic, ja w jej wieku tez przezywalam fascynacje panami starszymi o 20 lat dopoki za jednego nie wyszlam za maz ... to nie jest to co tygryski lubia najbardziej. Wiadomo, w porownaniu do pyszczatych rowiesnikow odstawiony w drogi garnitur szpakowaty Raoul, pracujacy i zarabiajacy, z pieknym mieszkaniem musi wypasc lepiej.
Powiem tak - mozna spokojnie ogladnac nawet z przyjemnoscia, bo choc Alex to straszna pipa i daje soba manipulowac obu paniom - Niki i Eks, to jednak ma piekne oczy i ogolnie seksowny jest.
Mnostwo scenariuszowych bzdur (np - tylu specow od reklamy mysli dniami i nocami o kampanii a tu wlazi jakas dziewuszka z dwoma rysunkami i nagle WOW i wszyscy bija brawo i w ogole fajnie jest) ale w koncu to JEST komedia romantyczna.
O wiele ciekawsza niz pewne amerykanskie twory na ktore sie ciagle natykam.
Za to przyznaje osobista zlota maline za fatalna scene pierwszego seksu. Rzalam ze smiechu a mialo byc namietnie ;)
Akcja filmu toczy sie podczas pogrzebu ktory tez przy okazji stanie sie miejscem spotkania rodzinnego, a wiadomo ze z rodzina to sie najlepiej wychodzi na zdjeciu... W domu Daniela (gra te postac pan Darcy czyli Matthew McFadyen) zjawia sie ciekawe osobniki jak przytlustawy krewny hipohondryk, dealer narkotykowy, sztywna paniusia z zakompleksionym narzeczonym, bardzo posh braciszek Daniela, wydawany autor mieszkajacy w Nowym Yorku i apodyktyczny stary wujcio na wozku inwalidzkim.
Pogrzeb pogrzebem ale w tle widac ciekawie i nienachalnie zarysowane napiecia - konflikt miedzy bracmi, nieakceptowanie stylu zycia corki przez ojca, skrywane uczucie do kogos kto juz jest z kims innym.
A we wszystko wmiesza sie fiolka w ktorej powinno byc valium a znajduje sie narkotyk, niestety przypadkowo zaaplikowany niektorym uczestnikom pogrzebu co powoduje zabawny ciag zdarzen :)
Jakby nie bylo dosc wsrod oplakujacych smierc seniora znajdzie sie nieznajomy karzel ktory bedzie mial szokujace wiesci dla rodziny i ktory z tego powodu wyladuje z nieboszczykiem w trumnie....
Bardzo fajna komedia i swietne kreacje aktorskie. Troche bym sie czepila do scenariusza, nie zawsze trzyma poziom, np scena z wujkiem w toalecie niesmaczna do potegi...
Bardzo dobre wrazenie zrobil na mnie M.McFadyen bo w Dumie i Uprzedzeniu to tylko stal i moknal na deszczu. A tu okazuje sie ze potrafi grac i mysle ze jeszcze pokaze na co go stac.
Na filmweb.pl komentujacy oceniali film jako "sympatyczny" i moge sie z tym zgodzic.
Ladne dziewczatko o kociej twarzy jaka jest Keri Russell zawsze budzi takie uczucia. Zwlaszcza gdy gra zdominowana przez buraka - meza kelnereczke z kiepskiego baru w zapyzialej miescinie ktora marzy o tym by wygrac konkurs na najlepsze ciasto, zgarnac nagrode i uciec od buraka.
Problem w tym ze z owym mezem zaszla akurat w ciaze a w miasteczku pojawil sie seksowny ginekolog, w jego roli wystapil odtwarzajacy postac rowniez ginekologa w Desperate Houswives Nathan Fillion.
No i jest sympatycznie. Tylko ja tak nie cierpie filmow w ktorych bohaterka jest tak bierna, poddana, stlamszona przez meza choc nie ma ku temu zadnych logicznych przeslanek.
Nic nie wiadomo o tym czemu taka ladna i mila dziewczyna zwiazala sie z facetem o wygladzie i manierach swini, czemu tak sie go boi ze oddaje mu swoje zarobki i napiwki, czemu zgadza sie na upokarzajace powtarzanie tego czego on sobie zyczy i czemu zgadza sie na przemoc fizyczna.
Nie zal mi kobiet ktore na wlasne zyczenie trwaja w zwiazkach toksycznych bo raz za czas uslysza, jak owa kelnerka, ze przeciez : I love you babe...
Kiedy na kranie pojawil sie ginekolog pomyslalam: ocho, cos sie zaczyna dziac. Romans, seks, pasja, uczucie, tylko ze doktorek ma juz zone i to tez ladna, oddana, kochajaca... I do doktorka tez zadnej sympatii poczulam bo bawienie sie w dom, wspolne gotowanie, calowanie po szyjce kiedy sie ma zone w domu i to nie taka co: go nie rozumie i ze soba nie spia - to jest nie fair wobec obu kobiet. Takie dylematy sa dobre na melodramat lub film obyczajowy, tutaj jakos to wszystko nie pasowalo.
Nie wiem za bardzo co tworcy chcieli wyrazic poprzez zakonczenie. Ze macierzynstwo daje kobiecie sile? Ze dziecko to jedyne co wazne na swiecie a reszta sie ulozy? Ze jak sie jest matka to juz mezczyzna niepotrzebny?
Mozna zobaczyc bez szkody dla zdrowia, nawet z przyjemnoscia zwlaszcza jak ktos lubi ciasta. Lub Keri Russell.